Droga do nikąd
Trudno sobie wyobrazić, aby w dobie kryzysku lekką ręką wyrzucać za okno setki tysięcy złotych. Mamy jednak instytucję w Polsce - Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad - która robi to bez chwili wahania. Pleciemy bzdury? No to przeczytajcie tę historię.

Budowa drogi ekspersowej nr 7 dobiega końca. Wkrótce jazda z Warszawy do Radomia będzie prawdziwą przyjemnością, a dalej do Kielc i Krakowa przestanie przypominać zabawę w rosyjską ruletkę (udało się... do następnego razu). Nie wiemy i nikt nie chce nam zdradzić (do zakończenia inwestycji), ile nas ta wspaniała, ekspresowa trasa kosztowała. Podejrzewamy jednak, że o wiele za dużo. Skąd te podejrzenia? Chcemy przedstawić historię niewielkiego odcinka tej drogi, a właściwie odnogi, drobnego szczegółu - po prostu wytyczenia i realizacji dojazdu do gospodarstwa odciętego od świata przez krajową „7”.

Absurd przez duże A
Na dworze rozpadało się na dobre. Łamiemy przepisy ruchu drogowego i wjeżdżamy na teren budowy. Właściwie nie mamy się czego obawiać. Wiadukt nad trasą nr 7 w Skurowie jest już dawno ukończony. Trwają prace kosmetyczne. Pięknie tu, nowocześnie, bezpiecznie. Ale kilkanaście metrów za wiaduktem ktoś usiłuje pobić rekord Guinnessa w budowaniu drogi do nikąd (nawet ta niedokończona przez Rospudę miała przecież sens). Kąt nachylenia jezdni od razu wskazuje, że autem bez napędu 4 x 4 nie ma co zapuszczać się w ten teren. Zimą będzie nieprzejezdna, chyba, że ktoś lubi sporty ekstremalne. Poza tym jezdnia po kilkudziesięciu metrach nagle urywa się w polu. Co dalej? Szef odcinka bezradnie rozkłada ręce. Im kazali wybudować do tego miejsca i koniec. Nie ma dyskusji.
Z zainteresowaniem przyglądamy się więc, jak olbrzymia ciężarówka grzęźnie w błocie. Jeden z robotników idzie do pobliskiego gospodarstwa Teresy Kramarczyk z prośbą, aby pozwoliła im wjechać na swoją działkę, bo inaczej zastanie ich tu zima. W końcu potężny silnik wypycha pojazd z bajorka na wspaniale wyasfaltowaną dopiero co drogę. Przebycie kolejnych kilkudziesięciu metrów to niemal syzyfowa praca, ale przy ryku motoru, ślizgajacych się kołach, po kilkunastu minutach uwieńczona sukcesem. W jaki sposób udało się wprowadzić tu układarkę asfaltu? - nie możemy wyjść z podziwu. W każdym razie jezdnia jest ułożona fachowo, z podkładem i z dwóch dywaników asfaltowych, a to wszystko na setkach ton zwiezionego i utwardzonego wcześniej piachu.

Tylko po co ta cała robota?
Zjazd w ocenie drogowców miał zapewne otworzyć okno na świat Tersie Kramarczyk i jej rodzinie. Ponieważ kilkanaście metrów od jej domu powstał olbrzymi nasyp wiaduktu, likwidując jedyny dojazd do posesji, projektant „7” miał trudny problem do rozwiązania. Zamiast jednak zapoznać się z sytuacją na miejscu, lekką ręką narysował piękną, bitumiczną jezdnię do granicy działki. Nie przeszkadzało mu to, że od strony, gdzie rośnie sad, a teren przypomina grzęzawisko, poza tym do domu jest jeszcze kilkadziesiąt metrów. Pomysł został zrealizowany. Nie pytano nikogo, czy to ma sens. A warto było.
Sprawa znalazła swe rozwiązanie w zaskakujący sposób. Drogowcy, zgodznie ze sztuką budowlaną, musieli zrobić odwodnienie wiaduktu. Okazało się to niemożliwe bez zgody właściciela terenu, czyli Teresy Kramarczyk i jej córki. Tak więc z oddalonej o około 50 m drogi gminnej, wjechała koparka i od razu ugrzęzła w polu. Co zrobili drogowcy? Wysypali ten odcinek kruszywem, utwardzili i bez trudu zrobili drenarz i rowy odprowadzające wodę. Jaki był koszt tej inwestycji drogowej? Dwie ciężarówki kruszywa i kilka roboczogodzin. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad musi jeszcze wykupić teren pod tę minidrogę.

Pani Teresa ma pecha...
Teresa Kramarczyk żyła sobie spokojnie z rodziną na skraju wsi Skurów, leżącej przy trakcie do Radomia, a oddalonej kilka kilometrów od Grójca. Z domu przez kilkadziesiąt lat wychodziła niemal wprost na drogę gminną. - Wie pan - mówi lekko roztrzęsiona, gdy ją odwiedziliśmy - ten XXI wiek jest dla mnie jakiś pechowy. W rodzinie spotykały mnie nieszczęście za nieszczęściem. Nie miałam głowy do tych wszystkich papierków. Coś mi przysyłano, pokazywano, ale po prostu nie reagowałam. Myślałam: tam są tęgie głowy, muszą wiedzieć, co robią. Zresztą niech pan zobaczy. Na tych planach nie ma zjazdu do mojego gospodarstwa. Powstał później, bez mojej wiedzy - dodaje. - Zorientowałam się, że odcinają mnie od świata, gdy zasypano mi wyjazd na drogę. Gdzie ja nie interweniowałam, nie pisałam. Otrzymywałam zapewnienia, że wszystko jest zgodnie z prawem. Potem nagle zaczęli zwozić piach na ten zjazd. Panie - mówiłam jakiemuś przedstawicielowi dyrekcji - to przecież bez sensu. Ma pani rację - odpowiadał. Ale gdybyśmy z tego zrezygnowali, potrzebne byłyby nowe plany, nowe warunki zabudowy, zgody. Cała inwestycja by stanęła - relacjonuje Teresa Kramarczyk.
Czy w tej sytuacji nie lepiej poświęcić te pół miliona na drogę do nikąd? Zawsze zresztą Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad może argumentować, że ze zjazdu można bez przeszkód korzystać... latem. Natomiast w zimie skurowskie dzieci wzbogaciły się o fantastyczną górkę na sanki.

Leszek Świder

autor: Mateusz Adamski
źródło: Kurier Południowy (kurierpoludniowy.pl)
data: 5 grudnia 2009 r. (10:42)
Drukuj
Copyright © 2007-2009 grojeckie.info