Dzisiaj jest pi�tek, 14 sierpnia 2020. Imieniny: Alfred, Maksymilian, Euzebiusz
Wiadomo�ci Sport Kultura Publicystyka Og�oszenia Katalog WWW Galeria Forum Kontakt
Droga do nikąd
Mateusz Adamski, 5 grudnia 2009 (10:42), źródło: Kurier Południowy (kurierpoludniowy.pl)
Trudno sobie wyobrazić, aby w dobie kryzysku lekką ręką wyrzucać za okno setki tysięcy złotych. Mamy jednak instytucję w Polsce - Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad - która robi to bez chwili wahania. Pleciemy bzdury? No to przeczytajcie tę historię.

Budowa drogi ekspersowej nr 7 dobiega końca. Wkrótce jazda z Warszawy do Radomia będzie prawdziwą przyjemnością, a dalej do Kielc i Krakowa przestanie przypominać zabawę w rosyjską ruletkę (udało się... do następnego razu). Nie wiemy i nikt nie chce nam zdradzić (do zakończenia inwestycji), ile nas ta wspaniała, ekspresowa trasa kosztowała. Podejrzewamy jednak, że o wiele za dużo. Skąd te podejrzenia? Chcemy przedstawić historię niewielkiego odcinka tej drogi, a właściwie odnogi, drobnego szczegółu - po prostu wytyczenia i realizacji dojazdu do gospodarstwa odciętego od świata przez krajową „7”.

Absurd przez duże A
Na dworze rozpadało się na dobre. Łamiemy przepisy ruchu drogowego i wjeżdżamy na teren budowy. Właściwie nie mamy się czego obawiać. Wiadukt nad trasą nr 7 w Skurowie jest już dawno ukończony. Trwają prace kosmetyczne. Pięknie tu, nowocześnie, bezpiecznie. Ale kilkanaście metrów za wiaduktem ktoś usiłuje pobić rekord Guinnessa w budowaniu drogi do nikąd (nawet ta niedokończona przez Rospudę miała przecież sens). Kąt nachylenia jezdni od razu wskazuje, że autem bez napędu 4 x 4 nie ma co zapuszczać się w ten teren. Zimą będzie nieprzejezdna, chyba, że ktoś lubi sporty ekstremalne. Poza tym jezdnia po kilkudziesięciu metrach nagle urywa się w polu. Co dalej? Szef odcinka bezradnie rozkłada ręce. Im kazali wybudować do tego miejsca i koniec. Nie ma dyskusji.
Z zainteresowaniem przyglądamy się więc, jak olbrzymia ciężarówka grzęźnie w błocie. Jeden z robotników idzie do pobliskiego gospodarstwa Teresy Kramarczyk z prośbą, aby pozwoliła im wjechać na swoją działkę, bo inaczej zastanie ich tu zima. W końcu potężny silnik wypycha pojazd z bajorka na wspaniale wyasfaltowaną dopiero co drogę. Przebycie kolejnych kilkudziesięciu metrów to niemal syzyfowa praca, ale przy ryku motoru, ślizgajacych się kołach, po kilkunastu minutach uwieńczona sukcesem. W jaki sposób udało się wprowadzić tu układarkę asfaltu? - nie możemy wyjść z podziwu. W każdym razie jezdnia jest ułożona fachowo, z podkładem i z dwóch dywaników asfaltowych, a to wszystko na setkach ton zwiezionego i utwardzonego wcześniej piachu.

Tylko po co ta cała robota?
Zjazd w ocenie drogowców miał zapewne otworzyć okno na świat Tersie Kramarczyk i jej rodzinie. Ponieważ kilkanaście metrów od jej domu powstał olbrzymi nasyp wiaduktu, likwidując jedyny dojazd do posesji, projektant „7” miał trudny problem do rozwiązania. Zamiast jednak zapoznać się z sytuacją na miejscu, lekką ręką narysował piękną, bitumiczną jezdnię do granicy działki. Nie przeszkadzało mu to, że od strony, gdzie rośnie sad, a teren przypomina grzęzawisko, poza tym do domu jest jeszcze kilkadziesiąt metrów. Pomysł został zrealizowany. Nie pytano nikogo, czy to ma sens. A warto było.
Sprawa znalazła swe rozwiązanie w zaskakujący sposób. Drogowcy, zgodznie ze sztuką budowlaną, musieli zrobić odwodnienie wiaduktu. Okazało się to niemożliwe bez zgody właściciela terenu, czyli Teresy Kramarczyk i jej córki. Tak więc z oddalonej o około 50 m drogi gminnej, wjechała koparka i od razu ugrzęzła w polu. Co zrobili drogowcy? Wysypali ten odcinek kruszywem, utwardzili i bez trudu zrobili drenarz i rowy odprowadzające wodę. Jaki był koszt tej inwestycji drogowej? Dwie ciężarówki kruszywa i kilka roboczogodzin. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad musi jeszcze wykupić teren pod tę minidrogę.

Pani Teresa ma pecha...
Teresa Kramarczyk żyła sobie spokojnie z rodziną na skraju wsi Skurów, leżącej przy trakcie do Radomia, a oddalonej kilka kilometrów od Grójca. Z domu przez kilkadziesiąt lat wychodziła niemal wprost na drogę gminną. - Wie pan - mówi lekko roztrzęsiona, gdy ją odwiedziliśmy - ten XXI wiek jest dla mnie jakiś pechowy. W rodzinie spotykały mnie nieszczęście za nieszczęściem. Nie miałam głowy do tych wszystkich papierków. Coś mi przysyłano, pokazywano, ale po prostu nie reagowałam. Myślałam: tam są tęgie głowy, muszą wiedzieć, co robią. Zresztą niech pan zobaczy. Na tych planach nie ma zjazdu do mojego gospodarstwa. Powstał później, bez mojej wiedzy - dodaje. - Zorientowałam się, że odcinają mnie od świata, gdy zasypano mi wyjazd na drogę. Gdzie ja nie interweniowałam, nie pisałam. Otrzymywałam zapewnienia, że wszystko jest zgodnie z prawem. Potem nagle zaczęli zwozić piach na ten zjazd. Panie - mówiłam jakiemuś przedstawicielowi dyrekcji - to przecież bez sensu. Ma pani rację - odpowiadał. Ale gdybyśmy z tego zrezygnowali, potrzebne byłyby nowe plany, nowe warunki zabudowy, zgody. Cała inwestycja by stanęła - relacjonuje Teresa Kramarczyk.
Czy w tej sytuacji nie lepiej poświęcić te pół miliona na drogę do nikąd? Zawsze zresztą Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad może argumentować, że ze zjazdu można bez przeszkód korzystać... latem. Natomiast w zimie skurowskie dzieci wzbogaciły się o fantastyczną górkę na sanki.

Leszek Świder
Drukuj Poleć artykuł znajomemu
KOMENTARZE (0)
Powyższego tekstu jeszcze nie komentowano.

Portal Grojeckie.info nie ponosi odpowiedzialności za treść powyższych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie prawo usuwania i redagowania komentarzy nie związanych z tematem, zawierających wulgaryzmy, reklamy i obrażających osoby trzecie.

Dodaj komentarz
Autor:
E-mail:
Kod:
Treść: